„Najłatwiej jest wyłączyć zawodnika. Sztuką jest utrzymać go w grze” – z Arturem Hnidą z Panthers Wrocław rozmawiamy o kulisach pracy fizjoterapeuty

Fizjoterapia w sporcie to nie tylko leczenie urazów. To decyzje, które potrafią zmienić wynik meczu i zatrzymać zawodnika, który za wszelką cenę chce grać. „Najłatwiej jest kogoś wyłączyć z gry. Sztuką jest utrzymać go na boisku” – mówi Artur Hnida. Sprawdzamy, jak naprawdę wygląda praca fizjoterapeuty w Panthers Wrocław – od pierwszych minut po urazie po decyzje, które ważą więcej niż wynik jednego meczu.
yellowSPORT: Co daje Panu największą satysfakcję po 30 latach pracy w sporcie? Dlaczego właśnie sport?
Artur Hnida: Sport jest nieprzewidywalny. Jest w stanie wyzwolić całą gamę uczuć: od radości po smutek, frustrację, zażenowanie. Ale dla mnie najważniejsze są relacje, bo bardzo lubię ludzi. Nie pracuję z komputerem ani z wirtualnym przyjacielem, tylko z człowiekiem, który przychodzi z realnym problemem i chce wrócić do tego, co kocha.
W Panthers Wrocław to widać szczególnie. Zawodnicy mają swoje życie poza boiskiem – pracę, studia, rodziny. Sport to ich pasja. I właśnie ta autentyczność daje największą satysfakcję.
Od zawodnika do fizjoterapeuty – przypadek czy decyzja?
Pamięta Pan moment, w którym pomyślał: „to jest to”?
Myślę, że ten kontakt z ludźmi i możliwość pomocy jak najbardziej wpisywała się w mój pomysł na życie. Akurat pracowałem w szpitalu wojskowym. Dowiedziałem się, że mój były zespół potrzebuje fizjoterapeuty, ponieważ do tej pory to była drużyna wojskowa, więc fizjoterapeutami byli żołnierze zasadniczej służby wojskowej. Na skutek różnych przemian już takiej możliwości nie było, więc potrzebowali kogoś na pełen etat. Znali mnie jako zawodnika, wiedzieli, że rozumiem sport od środka.
I tak się zaczęło. Zostałem pierwszym fizjoterapeutą w cywilu w drużynie koszykówki Śląsk Wrocław. No i tak w sumie troszkę może przez przypadek, a może nie… Tak czy siak ani przez chwilę tego nie żałowałem.
Na ile doświadczenie sportowe pomaga Panu w pracy?
To nie jest warunek konieczny, ale ogromna wartość dodana. Bo czasem ważniejsze od techniki jest to, co powiesz zawodnikowi. A czasem… czego nie powiesz.
Były sportowiec rozumie: presję, frustrację, kontekst poza boiskiem. Fizjoterapeuta często staje się kimś w rodzaju powiernika. A tego nie da się nauczyć z książek.
Dużo Pan mówi o relacjach. Jak ważna jest komunikacja w Pana pracy?
Kluczowa. Bez niej nie ma procesu leczenia. To są bardzo delikatne rzeczy. Fizjoterapeuta często wie więcej, niż ktokolwiek inny w sztabie, bo zawodnik przychodzi i mówi szczerze, co się dzieje – nie tylko z ciałem, ale czasem też poza boiskiem.
Są rzeczy, które zostają między mną a zawodnikiem. Ale są też takie, które muszą trafić do trenera – i to trzeba umieć wyważyć. Są więc takie sytuacje, kiedy mówię wprost: „Słuchaj, to jest na tyle ważne, że trener musi o tym wiedzieć.”
Zaufanie działa w dwie strony: zawodnik musi ufać mnie, ja muszę ufać zawodnikowi. Bez tego nie podejmiesz dobrej decyzji, czy ktoś może grać, czy nie.
I teraz trzeba umieć to dobrze rozegrać.
Z jednej strony jesteśmy w stanie wesprzeć zawodnika, wytłumaczyć mu pewne rzeczy, pomóc mu przejść przez trudny moment. Z drugiej – czasami trzeba pójść do trenera i powiedzieć wprost: „tego zawodnika dziś nie ma”. Nawet jeśli bardzo chce grać.
To są niuanse, których nie widać z zewnątrz. Można być świetnym technicznie fizjoterapeutą, ale jeśli nie rozumiesz tego kontekstu, to czegoś brakuje.

Czy fizjoterapeuta to trochę psycholog?
Nie. I ja sobie tego absolutnie nie przypisuję, choć niektórzy mówią, że jestem jak terapeuta, ale to zupełnie inna profesja. Po prostu uważam tylko, że z ludźmi trzeba umieć rozmawiać. Bo żeby od kogoś czegoś wymagać, trzeba mu to najpierw wytłumaczyć. Czasem raz, czasem pięć razy. Nie chodzi o to, żeby kogoś „ustawić do pionu”. Może nikt mu wcześniej tego nie powiedział.
Leczenie czy profilaktyka – co dziś wygrywa?
Czy zawodnicy dziś są bardziej świadomi swojego ciała niż kiedyś? Co w pracy fizjoterapeuty zmieniło się na przestrzeni 30 lat?
Na pewno fizjoterapia, w tym fizjoterapia sportowa, bardzo się rozwinęła, diagnostyka również. W ogóle nie ma porównania między tym, co jest teraz, a tym, co było kiedyś.
I wydaje mi się, że zawodnicy też są dziś dużo bardziej świadomi. Wiedzą, o co grają i za co grają – szczególnie w sportach zawodowych, kiedy sport jest ich jedynym źródłem utrzymania. Skończyły się czasy, że ktoś grał, a potem do piątej rano był na mieście, wracał na dwie godziny snu i szedł na trening. To się po prostu na dłuższą metę nie sprawdzi.
Dziś patrzy się na to bardziej holistycznie – przez pryzmat zdrowia, regeneracji, ale też… zwyczajnie portfela. Zawodnicy wiedzą, że jeśli nie zadbają o siebie, to długo nie pograją. Widać to chociażby po tym, że zmieniają się nawyki – nawet takie jak palenie, które stało się po prostu niemodne.
Oczywiście zdarzają się pojedyncze przypadki, szczególnie w sportach najbardziej medialnych, ale to raczej wyjątki niż reguła. Generalnie poziom dbania o siebie z roku na rok jest coraz wyższy.
Ja mam to szczęście, że od ponad 30 lat pracuję z ludźmi, którzy wiedzą, o co chodzi w sporcie i naprawdę dobrze się prowadzą. Dzięki temu urazy są zgłaszane odpowiednio wcześnie i możemy szybko zareagować – wdrożyć diagnostykę i rozpocząć leczenie.
Można zatem powiedzieć, że ta szala troszkę przeważyła w kierunku profilaktyki?
Trend jest jasny: coraz więcej profilaktyki. Ona zawsze jest lepsza niż działanie po fakcie.
Dlatego wielu zawodników, także u nas w Panthers Wrocław, przychodzi na terapię, zanim pojawi się poważny problem. Zawodnicy lepiej się prowadzą, dbają o regenerację, szybciej reagują na napięcia. Coraz częściej trafiają do fizjoterapeuty, zanim pojawi się uraz. Ale w sporcie kontaktowym nie da się wyeliminować wszystkiego. Urazy były, są i będą.
„Gadżety pomagają, ale jeśli nie czujesz tkanki pod palcami – działasz na ślepo.”
Skoro tak, to czy jest coś, co dziś budzi Pana wątpliwości?
Tak, kierunek, w którym czasem idzie fizjoterapia, a mianowicie gadżeciarstwo. Owszem, wszelkie pistolety, igły, bańki i tym podobne bardzo ułatwiają pracę, ale widzę niebezpieczeństwo, jakie ze sobą niosą. Mianowicie coraz mniej pracujemy na tkankach i coraz mniej palpujemy, a tylko dotyk pozwala nam ocenić napięcie, temperaturę, obrzęk. Tymczasem gadżety pomagają, ale nie mogą zastąpić rąk fizjoterapeuty, pracy manualnej.
Podstawa na przestrzeni tych lat wcale się nie zmieniła: palpacja, czucie tkanki, obserwacja reakcji – to absolutna podstawa pracy fizjoterapeuty. Bez tego działasz na ślepo.
Poza tym wszelkiego typu urazy i terapie weryfikuje noc. Ja już widziałem dziesiątki przykładów zawodników, którzy na treningu doznawali jakiegoś urazu, a na drugi dzień rano dzwonili do mnie, by powiedzieć: „Wiesz co? W zasadzie to mnie prawie nic nie boli, wszystko jest w porządku”. Widziałem też niewielkie kontuzje, które dopiero po nocy dawały o sobie znać. Bo z organizmem ludzkim jest jak z komputerem, jak się komuś komputer zawiesi, to go resetuje. Ale jeżeli po resecie komputer nie działa, to dopiero wtedy do nas dochodzi świadomość, a może on się po prostu popsuł. I naszym resetem jest sen. My się musimy wyłączyć, żeby się na nowo włączyć. I zobaczymy, co mózg na nowo włączy, ponieważ pomiędzy każdą częścią ciała a mózgiem jest ciągły przepływ informacji.
Dlatego ja zawodnikom czy pacjentom mówię: „Bardzo mnie cieszy, że teraz czujesz się dobrze, ale proszę dzisiaj nic nie robić, pójść spać, a rano dać mi znać, jak się ma sytuacja, ale szczerze!”. Bo ważne jest to, żeby działać w oparciu o fakty, a nie w oparciu o jakieś wyobrażenia. Bo w czymś takim to ja nie pomogę.

Rola fizjoterapeuty w drużynie sportowej
Jak zmieniła się rola fizjoterapeuty w sporcie przez ostatnie 20–30 lat?
Jak wspomniałem, zmienił się komfort pacy, ale nie zmieniła się moja rola. Dobry fizjoterapeuta utrzymuje zawodników w grze, wspiera sztab, rozumie emocje zespołu, podejmuje trudne decyzje. Bo trener może pracować tylko z tymi zawodnikami, którzy są dostępni. A dostępność… bardzo często zależy od tego, co się dzieje w gabinecie fizjoterapeuty.
Z tymi zawodnikami może pracować trener przygotowania motorycznego, a główny trener jest w stanie z tymi wszystkimi „żołnierzami” pójść na każdą wojnę. Natomiast jak nie mamy żołnierzy, w starciu nie mamy szans. Najłatwiej jest kogoś wyłączyć, stwierdzić: „Dobra, boli cię – nie grasz. Złamiesz paznokieć – nie grasz. Złamiesz nogę – też nie grasz. Ale złamanie paznokcia i złamanie nogi, to są dwa różne urazy. Tu jest uraz i tu jest uraz. Tylko, że może z tym złamanym paznokciem jednak byś sobie poradził, bo ze złamaną nogą już raczej nie. I moją rolą oraz rolą mojej prawej ręki – Nikodema Rudnickiego – jest ocenić możliwości zawodników i udostępnić trenerowi, jak najwięcej zdolnych do walki żołnierzy.
Duża odpowiedzialność…
Tak, fizjoterapeuta zespołu futbolu amerykańskiego jest jedyną osobą, która jest w stanie zawodnika wyłączyć z treningów albo dopuścić go do gry. Takiej decyzji nie podejmuje, ale też nie podważa, ani trener, ani zawodnik, dlatego nasze relacje z zawodnikami są tak ważne. Jeśli zawodnik nam ufa i my ufamy jemu, to razem rozwiążemy niemal każdy problem.

Artur Hnida – fizjoterapeuta z ponad 30-letnim doświadczeniem w pracy ze sportowcami. Były zawodnik, obecnie członek sztabu medycznego Panthers Wrocław. Specjalizuje się w fizjoterapii sportowej, profilaktyce urazów i pracy z zespołami.